czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział Szósty

Był już stanowczo za blisko, nie miałam szansy na ucieczkę.  Sparaliżowało mnie, bez oporów odebrał mi broń, a następnie... POCAŁOWAŁ! Jak słup soli stałam i nie mogłam się poruszyć, czy go uderzyć. Byłam zaskoczona. Spodziewałam się krwi, bólu... A tymczasem całowałam się z nim! Gdy wreszcie oderwał się ode mnie zdołałam tylko wyszeptać kilka słów:
- Nie umawiam się z wampirami. Zabijam je.
Zaśmiał się cicho i oddał mi pistolet. Wycelowałam w jego serce, ale coś mnie hamowało. Czekał na śmierć, ale ja nie potrafiłam mu jej dać. Dlaczego? Przecież niczym się nie różnił od tych wszystkich, innych krwiożerczych bestii, które potrafiły nieść tylko spustoszenie.
- Mówiłem, że jeszcze będziesz moja. - uśmiechnął się.
Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. "Daruję Ci życia, ale ono i tak będzie moje.", usłyszałam jak przez mgłę jego melodyjny głos.
- Nie. - zaprzeczyłam. - Mówiłeś, że moje życie będzie twoje. - dodałam.
Zamyślił się na chwilę i przytaknął. Boże. Co ja robię? Bez przemyśleń, wskoczyłam do samochodu Ojca i odjechałam stamtąd jak najszybciej. Zalewałam się łzami. Najgorsze było to, że przecież to i tak będzie trwało. Przecież on mi nie daruje. Będzie mnie prześladował. Gdy tylko zaparkowałam przed domem, bez zbędnych wyjaśnień wbiegłam na górę. Rzuciłam kostium na fotel, wciągnęłam na siebie koszykarską koszulkę z ogromną piątką i z moim nazwiskiem - "Summer" i zrezygnowana życiem położyłam się na łóżku. Po jakimś czasie zszokowana odkryłam, że myślę o nikim innym jak o Stylesie! Wspominałam jego miękkie, zimne usta, piękne oczy i dołeczki na policzkach gdy się uśmiechał. Miałam ochotę przepędzić swoje durne myśli, ale - nadaremnie. Nawet usiłowałam myśleć o Danielu, ale bezskutecznie. Dlaczego myślę o tym przeklętym wampirze? Co się ze mną dzieje?! Wreszcie zasnęłam, ale nawet tam - w krainie snów - nie miałam spokoju. Przedzierałam się przez gęsty las, gałęzie drapały mnie po całym ciele. Nie miałam pojęcia przed kim, lub przed czym uciekałam. Po jakimś czasie potknęłam się i poczułam, że spadam. Pode mną była czarna otchłań. Obudziłam się o szóstej nad ranem zlana zimnym potem. Włosy miałam przyklejone do policzka. Rozczesałam je palcami. Nie mogłam już zasnąć, ale też zupełnie nie wiedziałam co mam robić. Otworzyłam okno, aby trochę przewietrzyć pokój. Jednak szybko go zamknęłam. Przestraszyłam się, że on może tu przyjść... Zrozpaczona położyłam się na łóżku i zwinęłam w kłębek. ,,Co teraz? Będę wiecznie żyć w strachu? Przed czym?", myślałam. Właśnie. Przed czym? Przecież on nie wyglądał na kogoś, kto by chciał skrzywdzić. ,,Co z tego? Zawsze może zaatakować. Skoro jest najniebezpieczniejszy... Może zgrywać miłego, a potem... To pewnie jego trik! Tak, najpierw zaprzyjaźnia się z ofiarą, a potem zabija ją niespodziewanie", kiwałam głową w zamyśleniu, aż ciarki przeszły mi po plecach. Zeszłam na dół. Pani Carter zapewne jeszcze spała w swoim pokoiku, przygotowanym dla niej przez Ojca, aby była dla nas "pod ręką". Weszłam do kuchni. Postanowiłam przygotować sobie jakieś śniadanie. Wyjęłam z szafki chleb, a z lodówki masło i ser. Wzięłam nóż i posmarowałam mizernie masłem, pachnące pieczywo. Ukroiłam kawałek sera i ułożyłam go na kromce chleba. Kanapka wyszła mi miernie, cóż - byłam przyzwyczajona, że z takich rzeczy mnie wyręczano. Muszę przyznać, że można byłoby mnie nazwać rozpieszczaną. Jednakże, mam inne zajęcia w, których mnie nikt nie wyręczy. Ci, którzy nazwaliby mnie księżniczką, nie muszą łapać wampirów. OKEJ, nie zabiłam jeszcze żadnego, ale jeden mnie już ściga. W dodatku groźny. Bardzo groźny. Gdy wreszcie zjadłam swoje śniadanie, poszłam do salonu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tu byłam. Zaszkliły mi się oczy. W bibliotecznej części salonu, stały półki na, których wciąż były te same książki. Ulubione powieści Mamy... Wzięłam jedną. Przesunęłam palcem po zakurzonej, podniszczonej okładce. Otworzyłam ją. Delikatnie zmyte litery, pożółkłe strony. Wertowałam kartki, wspominając. Okazało się, że w domu mam wiele sentymentalnych rzeczy o, których zapomniałam, lub podświadomie chciałam zapomnieć, bo sprawiały mi ból... Musiałam wreszcie pogodzić się z utratą Mamy. Pamiętam ten dzień. Do domu przyszedł zapłakany Ojciec. Tulił mnie i szeptał, że zostaliśmy sami. Miałam pięć lat. Byłam zdruzgotana, potrzebowałam ciepła. Na drugi dzień, Ojciec zamknął się w sobie. Wtedy zaczęła przychodzić "jakaś pani", która się mną zajmowała. Mówiłam do niej ciociu. To była Pani Carter. To było dwanaście lat temu... Dopiero teraz dostrzegłam, jak wiele lat poświęciła mi Pani Carter. I nie doceniałam jej. Rzeczywiście. Jestem rozpieszczoną, rozkapryszoną królewną. Miałam mętlik w głowie, ale najważniejsze było to, że nie myślałam o tym wampirze. Spostrzegłam, że ktoś tu jest. Zadarłam głowę do góry. Pani Carter przyglądała mi się z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Uśmiechnęłam się.
- Lauro, co ty tu robisz o tak wczesnej porze? - spytała, zawstydzona wałkami na głowie.
- Czytam. - odparłam, przerzucając kolejną stronicę.
Pani Carter szczelniej zawiązała swój aksamitny szlafrok.
- Nie jesteś głodna? - spytała, utrzymując powagę.
- Nie, nie. Jadłam dopiero kanapkę, spokojnie. - posłałam jej kolejny uśmiech.
- Gdzie, skąd? - wytrzeszczyła oczy.
- W kuchni, zrobiłam sobie. - wzruszyłam ramionami, rozbawiona jej reakcją.
,,Przynajmniej tyle dobrego", pomyślałam i zamknęłam książkę z charakterystycznym dźwiękiem.
_________________________________________________
Cóż, przyznam że ten rozdział napisałam tak "nagle", dlatego może być taki nijaki, dziecinny, ale przyznam, że bywało gorzej. Myślę, że rozdział został zamieszczony jakoś dość szybko, więc bez zbędnych przeprosin. Oczekuję, choć kilku komentarzy. Pozdrówki!

środa, 15 stycznia 2014

Rodział Piąty

Samotność. Najlepsze określenie tego co czułam... Daniel wyjechał. Rozpoczęły się ferie zimowe. W tych okolicznościach nawet chodzenie do szkoły sprawiałoby mi przyjemność. Zyskałam jedynie codzienne, puste wpatrywanie się w ściany i przesiadywanie w tej samej bluzie. Szczyt marzeń...  Sama nie wiem dlaczego, ale coraz częściej czuję się zagrożona od strony wampirów. Chyba powinno być na odwrót?  Sama już nie wiem co ja czuję...
                                                                    ***
Punkt dwudziesta rozległo się pukanie do mych drzwi. Któż to taki? Mówiłam, że nie życzę sobie, aby....
- Córeczko? - zza drzwi wychyliła się głowa mojego Ojca.
- Tata? - wpadłam w zdumienie.

Otóż, mój Ojciec nie do końca się mną interesował. Wynajął panią Carter, aby był ktoś kto by się mną zaopiekował i dodatowo zajął się domem. Po raz ostatni w moim pokoju był chyba kilka lat temu. Gdy jeszcze żyła Mama i razem czytali mi do snu... Coś zaszczypało mnie pod powieką na myśl o wspomnieniach.
- Mogę wejść? - spytał.
- Tak, jasne. - "zaprosiłam" go do środka.
Zapadła niezręczna cisza. Ojciec usiadł na krześle od biurka, a ja wbiłam wzrok w podłogę, która nagle stała się niesamowicie interesująca. ,,Co Ojciec może mieć tak ważnego do powiedzenia?", pomyślałam. Ja byłam całkowicie zestresowana, a co przyjęłam z szokiem - Ojciec nie. Spokojnie oglądał pokój, który odnowiłam własnoręcznie z pomocą Daniela... Ups. Zabolało.
- Dużo tu zmieniłaś. - uśmiechnął się Ojciec.
Zmarszczyłam brwi. Przyszedł tu na pogaduszki?
- Przyszedłeś z czymś do mnie, czuć to na kilometr, o co chodzi? - spytałam.
- Więc, Adrienne... To znaczy pani Carter uważa, że się izolujesz od świata... - powiedział. - Dlatego pomyślałem, że może byś chciała iść na patrol. Sama. - dodał.
Spojrzałam na niego oczami wielkości spodka. Czy on mówił serio? Nie pamięta co się wydarzyło ostatnio gdy poszłam na ten patrol? Nie pamięta kogo spotkałam? Chociaż z drugiej strony...
- Dobra.  A teraz możesz iść. - udałam obojętność.
Ojciec zszokowany moją chłodnością, która nie objawia się na codzień, wyszedł. Schowałam twarz w dłoniach. Co się ze mną dzieje?! Raz - bezbronna depresantka, raz - lodowata księżniczka. Wraz ze swoimi przemyśleniami weszłam pod prysznic, aby się przygotować na obejście dzielnicy. Po pół godzinie byłam gotowa. Wsunęłam na siebie kostium, związałam włosy i wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu i odjechałam na Sunsly. Tym razem wybrałam inny parking. Mocniej ścisnęłam mojego Berettę M9 naładowanego ośmioma kołkami osikowymi o wielkości naboju NATO i wysiadłam z jeepa Ojca. To może wydawać się zabawne. Moimi nabojami są drewniane kołki. Muszę jednak przyznać, że ta broń jest naprawdę skuteczna. Cóż... Zdaniem mojego Ojca, rzecz jasna. Wpatrzona w pistolet jak zaczarowana nawet nie zauważyłam, że od dłuższego czasu ktoś mi się przygląda. Podniosłam wzrok. Skierowałam go w głąb lasu. Zadrżałam. Wśród czarnych cieni drzew, świeciły niczym dwa świetliki jego oczy. Szkarłatny kolor tęczówek przemieniał się z zielenią. Niesamowite. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w to zjawisko. BŁĄD! "Musisz się oprzeć urokowi wampira...", zadźwięczały mi w uszach pouczające słowa Ojca.  Otrząsnęłam się, ale było za późno.
_______________________________________________________________________________
Co to jest ? :(