czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział Szósty

Był już stanowczo za blisko, nie miałam szansy na ucieczkę.  Sparaliżowało mnie, bez oporów odebrał mi broń, a następnie... POCAŁOWAŁ! Jak słup soli stałam i nie mogłam się poruszyć, czy go uderzyć. Byłam zaskoczona. Spodziewałam się krwi, bólu... A tymczasem całowałam się z nim! Gdy wreszcie oderwał się ode mnie zdołałam tylko wyszeptać kilka słów:
- Nie umawiam się z wampirami. Zabijam je.
Zaśmiał się cicho i oddał mi pistolet. Wycelowałam w jego serce, ale coś mnie hamowało. Czekał na śmierć, ale ja nie potrafiłam mu jej dać. Dlaczego? Przecież niczym się nie różnił od tych wszystkich, innych krwiożerczych bestii, które potrafiły nieść tylko spustoszenie.
- Mówiłem, że jeszcze będziesz moja. - uśmiechnął się.
Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. "Daruję Ci życia, ale ono i tak będzie moje.", usłyszałam jak przez mgłę jego melodyjny głos.
- Nie. - zaprzeczyłam. - Mówiłeś, że moje życie będzie twoje. - dodałam.
Zamyślił się na chwilę i przytaknął. Boże. Co ja robię? Bez przemyśleń, wskoczyłam do samochodu Ojca i odjechałam stamtąd jak najszybciej. Zalewałam się łzami. Najgorsze było to, że przecież to i tak będzie trwało. Przecież on mi nie daruje. Będzie mnie prześladował. Gdy tylko zaparkowałam przed domem, bez zbędnych wyjaśnień wbiegłam na górę. Rzuciłam kostium na fotel, wciągnęłam na siebie koszykarską koszulkę z ogromną piątką i z moim nazwiskiem - "Summer" i zrezygnowana życiem położyłam się na łóżku. Po jakimś czasie zszokowana odkryłam, że myślę o nikim innym jak o Stylesie! Wspominałam jego miękkie, zimne usta, piękne oczy i dołeczki na policzkach gdy się uśmiechał. Miałam ochotę przepędzić swoje durne myśli, ale - nadaremnie. Nawet usiłowałam myśleć o Danielu, ale bezskutecznie. Dlaczego myślę o tym przeklętym wampirze? Co się ze mną dzieje?! Wreszcie zasnęłam, ale nawet tam - w krainie snów - nie miałam spokoju. Przedzierałam się przez gęsty las, gałęzie drapały mnie po całym ciele. Nie miałam pojęcia przed kim, lub przed czym uciekałam. Po jakimś czasie potknęłam się i poczułam, że spadam. Pode mną była czarna otchłań. Obudziłam się o szóstej nad ranem zlana zimnym potem. Włosy miałam przyklejone do policzka. Rozczesałam je palcami. Nie mogłam już zasnąć, ale też zupełnie nie wiedziałam co mam robić. Otworzyłam okno, aby trochę przewietrzyć pokój. Jednak szybko go zamknęłam. Przestraszyłam się, że on może tu przyjść... Zrozpaczona położyłam się na łóżku i zwinęłam w kłębek. ,,Co teraz? Będę wiecznie żyć w strachu? Przed czym?", myślałam. Właśnie. Przed czym? Przecież on nie wyglądał na kogoś, kto by chciał skrzywdzić. ,,Co z tego? Zawsze może zaatakować. Skoro jest najniebezpieczniejszy... Może zgrywać miłego, a potem... To pewnie jego trik! Tak, najpierw zaprzyjaźnia się z ofiarą, a potem zabija ją niespodziewanie", kiwałam głową w zamyśleniu, aż ciarki przeszły mi po plecach. Zeszłam na dół. Pani Carter zapewne jeszcze spała w swoim pokoiku, przygotowanym dla niej przez Ojca, aby była dla nas "pod ręką". Weszłam do kuchni. Postanowiłam przygotować sobie jakieś śniadanie. Wyjęłam z szafki chleb, a z lodówki masło i ser. Wzięłam nóż i posmarowałam mizernie masłem, pachnące pieczywo. Ukroiłam kawałek sera i ułożyłam go na kromce chleba. Kanapka wyszła mi miernie, cóż - byłam przyzwyczajona, że z takich rzeczy mnie wyręczano. Muszę przyznać, że można byłoby mnie nazwać rozpieszczaną. Jednakże, mam inne zajęcia w, których mnie nikt nie wyręczy. Ci, którzy nazwaliby mnie księżniczką, nie muszą łapać wampirów. OKEJ, nie zabiłam jeszcze żadnego, ale jeden mnie już ściga. W dodatku groźny. Bardzo groźny. Gdy wreszcie zjadłam swoje śniadanie, poszłam do salonu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tu byłam. Zaszkliły mi się oczy. W bibliotecznej części salonu, stały półki na, których wciąż były te same książki. Ulubione powieści Mamy... Wzięłam jedną. Przesunęłam palcem po zakurzonej, podniszczonej okładce. Otworzyłam ją. Delikatnie zmyte litery, pożółkłe strony. Wertowałam kartki, wspominając. Okazało się, że w domu mam wiele sentymentalnych rzeczy o, których zapomniałam, lub podświadomie chciałam zapomnieć, bo sprawiały mi ból... Musiałam wreszcie pogodzić się z utratą Mamy. Pamiętam ten dzień. Do domu przyszedł zapłakany Ojciec. Tulił mnie i szeptał, że zostaliśmy sami. Miałam pięć lat. Byłam zdruzgotana, potrzebowałam ciepła. Na drugi dzień, Ojciec zamknął się w sobie. Wtedy zaczęła przychodzić "jakaś pani", która się mną zajmowała. Mówiłam do niej ciociu. To była Pani Carter. To było dwanaście lat temu... Dopiero teraz dostrzegłam, jak wiele lat poświęciła mi Pani Carter. I nie doceniałam jej. Rzeczywiście. Jestem rozpieszczoną, rozkapryszoną królewną. Miałam mętlik w głowie, ale najważniejsze było to, że nie myślałam o tym wampirze. Spostrzegłam, że ktoś tu jest. Zadarłam głowę do góry. Pani Carter przyglądała mi się z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Uśmiechnęłam się.
- Lauro, co ty tu robisz o tak wczesnej porze? - spytała, zawstydzona wałkami na głowie.
- Czytam. - odparłam, przerzucając kolejną stronicę.
Pani Carter szczelniej zawiązała swój aksamitny szlafrok.
- Nie jesteś głodna? - spytała, utrzymując powagę.
- Nie, nie. Jadłam dopiero kanapkę, spokojnie. - posłałam jej kolejny uśmiech.
- Gdzie, skąd? - wytrzeszczyła oczy.
- W kuchni, zrobiłam sobie. - wzruszyłam ramionami, rozbawiona jej reakcją.
,,Przynajmniej tyle dobrego", pomyślałam i zamknęłam książkę z charakterystycznym dźwiękiem.
_________________________________________________
Cóż, przyznam że ten rozdział napisałam tak "nagle", dlatego może być taki nijaki, dziecinny, ale przyznam, że bywało gorzej. Myślę, że rozdział został zamieszczony jakoś dość szybko, więc bez zbędnych przeprosin. Oczekuję, choć kilku komentarzy. Pozdrówki!

środa, 15 stycznia 2014

Rodział Piąty

Samotność. Najlepsze określenie tego co czułam... Daniel wyjechał. Rozpoczęły się ferie zimowe. W tych okolicznościach nawet chodzenie do szkoły sprawiałoby mi przyjemność. Zyskałam jedynie codzienne, puste wpatrywanie się w ściany i przesiadywanie w tej samej bluzie. Szczyt marzeń...  Sama nie wiem dlaczego, ale coraz częściej czuję się zagrożona od strony wampirów. Chyba powinno być na odwrót?  Sama już nie wiem co ja czuję...
                                                                    ***
Punkt dwudziesta rozległo się pukanie do mych drzwi. Któż to taki? Mówiłam, że nie życzę sobie, aby....
- Córeczko? - zza drzwi wychyliła się głowa mojego Ojca.
- Tata? - wpadłam w zdumienie.

Otóż, mój Ojciec nie do końca się mną interesował. Wynajął panią Carter, aby był ktoś kto by się mną zaopiekował i dodatowo zajął się domem. Po raz ostatni w moim pokoju był chyba kilka lat temu. Gdy jeszcze żyła Mama i razem czytali mi do snu... Coś zaszczypało mnie pod powieką na myśl o wspomnieniach.
- Mogę wejść? - spytał.
- Tak, jasne. - "zaprosiłam" go do środka.
Zapadła niezręczna cisza. Ojciec usiadł na krześle od biurka, a ja wbiłam wzrok w podłogę, która nagle stała się niesamowicie interesująca. ,,Co Ojciec może mieć tak ważnego do powiedzenia?", pomyślałam. Ja byłam całkowicie zestresowana, a co przyjęłam z szokiem - Ojciec nie. Spokojnie oglądał pokój, który odnowiłam własnoręcznie z pomocą Daniela... Ups. Zabolało.
- Dużo tu zmieniłaś. - uśmiechnął się Ojciec.
Zmarszczyłam brwi. Przyszedł tu na pogaduszki?
- Przyszedłeś z czymś do mnie, czuć to na kilometr, o co chodzi? - spytałam.
- Więc, Adrienne... To znaczy pani Carter uważa, że się izolujesz od świata... - powiedział. - Dlatego pomyślałem, że może byś chciała iść na patrol. Sama. - dodał.
Spojrzałam na niego oczami wielkości spodka. Czy on mówił serio? Nie pamięta co się wydarzyło ostatnio gdy poszłam na ten patrol? Nie pamięta kogo spotkałam? Chociaż z drugiej strony...
- Dobra.  A teraz możesz iść. - udałam obojętność.
Ojciec zszokowany moją chłodnością, która nie objawia się na codzień, wyszedł. Schowałam twarz w dłoniach. Co się ze mną dzieje?! Raz - bezbronna depresantka, raz - lodowata księżniczka. Wraz ze swoimi przemyśleniami weszłam pod prysznic, aby się przygotować na obejście dzielnicy. Po pół godzinie byłam gotowa. Wsunęłam na siebie kostium, związałam włosy i wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu i odjechałam na Sunsly. Tym razem wybrałam inny parking. Mocniej ścisnęłam mojego Berettę M9 naładowanego ośmioma kołkami osikowymi o wielkości naboju NATO i wysiadłam z jeepa Ojca. To może wydawać się zabawne. Moimi nabojami są drewniane kołki. Muszę jednak przyznać, że ta broń jest naprawdę skuteczna. Cóż... Zdaniem mojego Ojca, rzecz jasna. Wpatrzona w pistolet jak zaczarowana nawet nie zauważyłam, że od dłuższego czasu ktoś mi się przygląda. Podniosłam wzrok. Skierowałam go w głąb lasu. Zadrżałam. Wśród czarnych cieni drzew, świeciły niczym dwa świetliki jego oczy. Szkarłatny kolor tęczówek przemieniał się z zielenią. Niesamowite. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w to zjawisko. BŁĄD! "Musisz się oprzeć urokowi wampira...", zadźwięczały mi w uszach pouczające słowa Ojca.  Otrząsnęłam się, ale było za późno.
_______________________________________________________________________________
Co to jest ? :(

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział Czwarty

Otworzyłam oczy, wybudzając się ze snu. Pokój już był spowity czernią. W mroku wyróżniały się jedynie ciemniejsze od pozostałości, zarysy mebli. Oraz świecące, intensywnie wpatrujące się we mnie oczy... Światło tęczówek emanowało czerwienią, rozświetlając ponurą czerń pokoju. Zadrżałam. Pozostałam w milczeniu, choć w mojej głowie krzyczał strach.  Zamknęłam powieki. Po chwili poczułam chłodny dotyk na policzku i oddech na szyi, który wywoływał dreszcze.  Trwało to wieczność, aż wreszcie odszedł. Wtedy łzy wreszcie odnalazły drogę do wyjścia i popłynęły strumieniem. Już nie czułam się bezpieczna... Daniel odjeżdżał, a On mnie obserwował.  Tylko kim ten "On" był? Rozsądek nic nie powiedział, za to serce krzyczało jak oszalałe, zdenerwowane ignoracją rozsądku.
***
Nie miałam ochoty rozpocząć tego dnia, tak samo jak zwykle, a potem ciągnąć tą ponurą szarość aż do nocy.  Mimo wszystko opuściłam ciepłe łóżko, wciągnęłam na siebie ubrania. Nie miałam ochoty nawet na śniadanie, postanowiłam zaszyć się w swojej sypialni już do końca dnia.  Nie odczuwałam żadnej potrzeby. Chociaż, jednak pojawiła się jedna. Potrzebowałam natychmiastowego wyparowania z tego świata. Nic mi się w nim nie układało. Nie miałam matki, ani przyjaciół. Mój chłopak wyjeżdżał. Śledził mnie ktoś niebezpieczny. Ojciec ze mną nie przebywał. Ryzykowałam życie swoim istnieniem. Byciem tym kimś, kogo nienawidzą istoty nadnaturalne. Byciem Łowcą Wampirów...
***
Godzina mija po godzinie, minuta po minucie, sekunda po sekundzie, a  mój trans, moja ekstaza nie przemija...
***
Godzina mija po godzinie, minuta po minucie, sekunda po sekundzie, a  mój trans, moja ekstaza nie przemija...
***
Godzina mija po godzinie, minuta po minucie, sekunda po sekundzie, a  mój trans, moja ekstaza nie przemija...
 ***
Niebo nabierało granatowej esencji nocy.  Pierwsze, złote iskierki zaczęły pojawiać się na podporze innego świata. Świata Aniołów. Zawsze zastanawiałam się, czy pójdę do nieba. Czy dostanę do niego klucz po tym jak dokonam tysiącu morderstw wampirów? Oni też są ludźmi, tylko że w inny sposób... Podciągnęłam kolana pod brodę. Doskwierała mi już samotność i głód, ale nie potrafiłam zejść na dół.  To było dziwne, niczego nie zrobiłam, a jednak czułam jakiś wstyd. Konkretnie nie było mi dane odczytać swoich uczuć. Niestety, nie byłam ich świadoma...
______________________________________
Przepraszam za to, że takie krótkie gówno pojawia się po tak długiej przerwie, moje postanowienie noworoczne, to poprawienie się w prowadzeniu tego bloga.

piątek, 13 grudnia 2013

Rozdział Trzeci

Od dłuższego czasu chodziłam z głową w chmurach, nie marnując czasu na inne rzeczy. Daniel milczał, ale mnie to prawie nie obchodziło. Prawie, bo Mary cały czas koło niego się kręciła, irytowały mnie znaczące spojrzenia wszystkich, ale ja byłam w innym świecie. Zastanawiało mnie kto podarował mi ten naszyjnik... Byłam w Akademii Łowców na lekcji Znastwa Wampiryzmu I stopnia. Tak, byłam początkująca... Beznamiętnie wpatrywałam się w tablicę, nie pojmując notatek, które zostały napisane przez Panią Anderson. Tak właściwie jedyna z klasy zostałam mianowana już na Łowczynię. Przez tą myśl, rozparła mnie duma.
- Czy pani Summer zechciałaby z nami podzielić się swoją wiedzą o wampirach? - zapytała mnie nauczycielka.
- Uhm... Mam wybór? - spanikowałam.
- Nie, to było pytanie grzecznościowe. - odparła, a w tym samym czasie zadzwonił dzwonek.
,,Uff", odetchnęłam z ulgą.
- Masz szczęście. - prychnęła nauczycielka pakując swoje szpargały.
***
- Hej. - usłyszałam głos zza pleców.
- Daniel? - odwróciłam się zszokowana.
Za mną stał mój chłopak. Czyżby mu przeszło? W dłoni niepewnie ściskał różyczkę, wszystkie spojrzenia przeniosły się na nas. Chłopak posłał mi uśmiech, rozbroiło mnie to. Cóż, jeśli chodzi o Daniela, nie jestem zbyt pamiętliwa w urazach.
- Wybaczysz mi? Zachowałem się jak głupek. - spojrzał na mnie miną zbitego psa.
- Wybaczę. - starałam się, aby mój głos brzmiał obojętnie.
Daniel bez słowa wręczył mi różę i objął delikatnie, a ja niewidocznie wtuliłam się w niego. Jego zapach działał na mnie kojąco, rozwiewał wszystkie moje obawy, nawet zapomniałam o czym przed kilkoma minutami myślałam...
- Ile jeszcze ci zostało lekcji? - spytał, gdy już przestaliśmy się przytulać.
Spletliśmy razem swoje dłonie i jak zwykle zaczęliśmy się przechadzać po korytarzu. Daniel był ode mnie starszy o dwa lata, dlatego nie znał dokładnie mojego planu lekcji.
- Jeszcze jedna i kończę, a tobie? - powiedziałam.
- Ja jeszcze mam trening, więc muszę lecieć, napiszę do ciebie później, pa. - pocałował mnie delikatnie w policzek i się ulotnił.
***
Wieczorem przyszedł SMS od Daniela: ,,Będę zaraz". Po dosłownie sekundzie, gdy odłożyłam telefon, rozległo się pukanie do okna mojego pokoju.  Zanim otworzyłam, mój chłopak już zdążył bezczelnie wtargnąć.
- Po co pukasz? - spytałam z uśmiechem.
- Grzecznościowo. - odpowiedział i również posłał mi uśmiech.
- Tak poza tym mam dla ciebie prezent... - Oparł się ramieniem o ścianę.
- O, a to jaki znów prezent? - usiadłam na łóżko.
Kazał mi zamknąć oczy, tak też zrobiłam. Po chwili poczułam jak na moim nadgarstku pojawia się coś zimnego. Czyżby bransoletka? Poczułam jeszcze wargi Daniela na dłoni i otworzyłam oczy. Jak myślałam, mój nadgarstek został otoczony przez srebrną bransoletkę na, której wisiała zawieszka - drewniany wilczek. Był dokładnie takiego samego koloru, jak mój chłopak po przemianie.

- Sam wyrzeźbiłem. - odparł z dumą.
- Właśnie widzę. - uśmiechnęłam się, obracając w palcach wilka.
- Tak poza tym... Chciałem ci coś powiedzieć. - zaczął przechadzać się po pokoju.
- Co takiego? - spytałam zaciekawiona.
- Bo widzisz... Muszę wyjechać. - powiedział.
Z mojej twarzy spełzł uśmiech. Czy ja się przesłyszałam? Mój chłopak gdzieś wyjeżdża i zostawia mnie samą? Kiedy? Jak to? Gdzie? Na usta cisnęły mi się pytania, ale Daniel zamierzał kontynuować.
- Mam szansę na lepszą Akademię... W której nie będę odmieńcem. Zamieszkam tam w internacie, ale będę Cię odwiedzał. Wyjazd już za tydzień... To na Alasce. - mówił jakby znał moje pytania.
Patrzyłam na niego sparaliżowana. Miałam tylko tydzień, a potem miał wyjechać na inny kontynent ze względu na lepszą Akademią, bo nie będzie odmieńcem?! Jakim odmieńcem?! A pomyślał o mnie?!
- Co ty za brednie gadasz?! - wrzasnęłam.
- To Akademia dla Łowców-Wilkołaków, tam będę sobą. - wyjaśnił.
- A tutaj każdy na ciebie źle łypa okiem, tak?! Wziąłeś pod wzgląd nasz związek?! - krzyczałam.
- Wziąłem, i wiesz co? To świetna próba dla związku, jeśli przetrwa - ma sens...  - odpowiedział mi.
Wzięłam głęboki wdech. Oszalał. Mój chłopak oszalał.
- To żart, prawda? Powiedz, że to żart... - patrzyłam na niego błagalnie.
- Niestety. Musisz to przemyśleć, zrozumiesz. Teraz ja już idę, pa. - powiedział i wyszedł przez okno.
Straciłam ochotę na wszystko, ten dzień stracił kolorową barwę. "Musisz to wszystko przemyśleć, zrozumiesz". Jasne, oczywiście. A gdybym ja miała tak wyjechać, opierałby się jak małe dziecko! Zwinęłam się w kłębek na łóżku. Czułam się koszmarnie; mój chłopak miał wyjechać, zostawia mnie bez jakiejkolwiek opieki, bez nikogo. Nie miałam przyjaciółki, niestety... Daniel pewnie zaproponuje mi towarzystwo Mary, ale już wolę samotność. Mój chłopak nie rozumie, że ucierpię? Jest październik. Za dwa miesiące będą Święta, pewnie będzie... Mamy tydzień. Jeden tydzień na to, żeby pospędzać ze sobą czas zanim rozstaniemy się na dwa miesiące? On chyba żartuje. Już wolę, żeby nie odzywał się dwa miesiące. Nie, nie zgadzam się, ja zwariuję, oszaleję z tęsknoty! Po policzku spłynęła mi samotna łza. Chciałabym, żeby tu był i mnie przytulił, ale on woli, żebym sobie to przemyślała. Powinniśmy teraz być ze sobą każdą minutę, a on chce, żebym nad czymś myślała i tym bardziej się pogrążała! Z każdą myślą byłam bardziej zmęczona tym wszystkim i po dłuższej chwili zapadłam w sen.

                                            __________________________________________
Tak, wiem. Wiem, że to jest nudny i krótki i beznadziejny rozdział, ale nie miałam weny, a dodać coś trzeba było. Nie obrażajcie się na mnie, to nie zależy ode mnie, czy mam natchnienie, czy nie, ale postaram się to zmienić i poszukać motywacji, mam nadzieję, że następny wyjdzie mi lepiej, pozdrawiam! ;* 

niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział Drugi

Srebrno-biała tarcza księżyca zawisła nad koronami drzew. Świat wydawał się cichy, bezbronny. Tak jak i ja, przerażona strachem. Przerażona osobą, która obserwowała mnie od tyłu.
- Dobry wieczór. - potwórzył. - Dlaczego taka dziewczyna siedzi tu sama? - spytał.
Zamarłam. Byłam zbyt przestraszona, aby racjonalnie myśleć, aby pochwycić broń, czy wezwać pomoc. Moje nozdrza uderzył cudowny zapach. Wampirzy zapach. Byłam uwięziona w samochodzie razem z bestią. Pijawką łaknącą krwi. On był potworem, a ja jego ofiarą.
- Czy usłyszę odpowiedź na moje pytanie? - wyszeptał mi wprost do ucha.
Nie zauważyłam nawet kiedy się zbliżył. Był cichy. Bezszelestnie się skradał... W mojej głowie pojawiło się wyobrażenie, jak On zatapia w mojej szyi swoje kły. Jak wstrzykuje we mnie swój jad. Jak cierpię, a On wypija ze mnie życie.
- Po co masz rozpoczynać tą naiwną gadkę, gdy możesz się napić od razu? - przełknęłam głośno ślinę.
Poruszył się niecierpliwie. Już wiedział. Że jestem Łowczynią. Normalny człowiek nie powiedziałby czegoś takiego. Normalny człowiek nie wiedziałby, że to wampir.  Wydałam się. Żałowałam, że odmówiłam Danielowi.  Poprostu się martwił, a ja od razu zinteprenietowałam to, jako brak wiary we mnie.
- Czemu jeszcze nie walczysz, Łowczyni? - spytał.
- Czemu jeszcze nie zaatakowałeś, Wampirze? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Po chwili tajemnicza siła wyrzuciła mnie z samochodu, obiłam się o drzewo. Rozmasowałam głowę. Czaska dosłownie mi eksplodowała. Musiałam nieźle oberwać. Przede mną stał on... Wysoki, przystojny, niezwykły wampir. W świetle księżyca świetle go widziałam. Dobrze zbudowany, ubrany stosownie. Miał strój dobrany do naszych czasów. Kasztanowe loki dodawały mu uroku. Zielone oczy, niczym szmaragdy iskrzyły czerwienią, a po chwili całe jego tęczówki nabrały szkarłatnego koloru. Uśmiechnął się, a na jego policzkach wystąpiły dołeczki. Kły tylko błysnęły bielą. Był niesamowicie przystojny. Podszedł do mnie, chwycił mnie w ramiona.
- Daruję Ci życia, ale ono i tak będzie moje. - wychrypiał i rozpłynął się w czerni nocy.
Pozostawił po sobie tylko niesamowite wrażenie i powód do rozmyślań. Co mogły oznaczać jego słowa? Po chwili owiał mnie chłód, a z nieba zaczęły pruszyć małe, zimne płatki śniegu.
  ***
Od dłuższego czasu siedziałam na kanapie okryta kocem w salce ćwiczebnej Łowców. Starszyzna i Doświadczeni Łowcy rozmawiali o wampirze, którego spotkałam, a Daniel nie miał nawet ochoty ze mną pogadać. Obok mnie przeszła Mary - Doświadczona Łowczyni, a zarazem najzarozumialsza dziewczyna, jaka może istnieć.  Przysiadła się do mnie.
- Zawsze wiedziałam, że się nie nadajesz... - westchnęła. - Jesteś we wszystkim beznadziejna. Nawet nie umiesz sobie poradzić z byle wampirkiem. - ciągnęła.
- Rozmawiałaś z moim tatą? To był Harry Styles. - odpowiedziałam.
Mój tata należał do Starszyzny, znał się świetnie na wampirach, więc od razu wiedział z kim miałam do czynienia. Z Harry'm Stylesem. Uznał go za ,,Najniebezpieczniejszego wampira na świecie". To budziło respekt. Nawet u Mary. Odczytałam zaskoczenie na jej twarzy.
- Uhm... Nieważne. Poza tym, trzymaj. Powinno to Cię zainteresować. - cisnęła we mnie pomiętą karteluszką.
Zaczęłam czytać zawartość kartki. Od razu rozpoznałam pismo Daniela. No, tak. Mój chłopak i Mary byli najlepszymi przyjaciółmi. Próbował mnie i ją ze sobą zaprzyjaźnić, ale jakoś mu to nie wyszło.
,,Kochana Mary. Chciałbym z Tobą czymś się podzielić... Mianowicie chciałbym porozmawiać z Tobą o moim związku z Laurą. Ostatnio zrobiła się jakaś obca, nieczuła i zupełnie nie zwraca na mnie uwagi. Nie ma ochoty spędzać ze mną czasu, wymawia się czymś innym, ale ja czuję, że ona po prostu nie chce mi sprawić przykrości, mówiąc "nie", więc się wykręca. Podejrzewam, że ma kogoś innego. Martwię się o nią, bo ma zamiar iść na patrol sama. Swój PIERWSZY patrol. Myślisz, że powinienem ją śledzić? Może akurat wtedy trafię na jej drugiego chłopaka... Co o tym myślisz?"
Odczytanie pomiętego liściku sprawiało mi trudności, ale wreszcie rozszyfrowałam to. U dołu był dopisek. Najwyraźniej dopisała to Mary. "Znalazłam to w koszu. Sądzę, że powinnaś o tym wiedzieć." To nie było w jej typie. "Martwić" się o mnie. Ona coś knuła i musiałam się dowiedzieć co. Schowałam karteczkę do kieszeni i zaczęłam bacznie ją obserwować do końca spotkania Łowców.
 ***
Nastał świt. Ale w ogóle jakoś mnie to nie obchodziło. Mimo to musiałam w końcu wygramolić się z łóżka. Ubrałam się szybko i zeszłam na dół, gdzie czekało już na mnie śniadanie i pani Carter - nasza gosposia.
- Dzień dobry, Lauro. - uśmiechnęła się promiennie.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry. - westchnęłam.
- Co jest? - spytała.
Spojrzałam na nią błagalnie.
- Ach, tak. Wasze łowieckie sprawy, nie wtrącam się w to. - przytaknęła.
Pani Carter była co prawda człowiekiem z "zewnątrz", ale doskonale wiedziała o Łowcach, więc szybko wyjawiliśmy jej nasz sekret. Była taka kochana i wyrozumiała. Niestety - jak wszyscy w moim otoczeniu, była ciuuut nadopiekuńcza.  Zabrałam się do jedzenia. Jednak moje ulubione płatki, miodowo-ryżowe krążki nawet nie smakowały mi tak, jak zawsze. Miałam zepsuty humor i tyle.
- A tak w ogóle ktoś tu był, jakiś chłopiec. To nie był Daniel. - zaczęła. - Tak, czy siak zostawił liścik. To ktoś ważny? - spytała, podając mi list.
Od pewnego czasu trafiam na same liściki...
- Nie. Pewnie jakiś znajomy, albo kolega po fachu. - rzuciłam.
Pokiwała głową. Zjadłam czym prędzej śniadanie. Przyznam się bez bicia - zainteresowało mnie to. Pobiegłam do swojego pokoju. Długo obracałam kopertę bez adresu. Wreszcie ją otworzyłam. Z środka wypadł jedynie śliczny naszyjnik.


Był oszałamiający piękny, co się wiązało z tym, że z pewnością był drogi. Ale to nie był prezent od Daniela. Nawet jeśli pani Carter nie powiedziałaby mi kto przyniósł kopertę, zauważyłabym, że Daniel zazwyczaj daje mi własnoręczne drobiazgi. To musiało być od kogoś zupełnie innego... Tylko od kogo?

_______________________________________
No i tak i oto pojawia się Rozdział Drugi z, którego jestem pół na pół zadowolona. Myślę, że mógł być lepszy, ale ocenę zostawiam Wam. Nie wiem, czy jutro zdążę coś dodać, ale postaram się. Będę szukać czegoś co mnie natchnie :) Pozdrawiam! ;*

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział Pierwszy

Delikatnie przejechałam opuszkami palców po czarnym, jedwabistym materiale. Świetnie kontrastował z moją bladą cerą i kasztanowymi włosami. Był idealny, taki jak sobie wymarzyłam w najskrytszych snach. Mój opiekun - Daniel - i jednocześnie chłopak, obserwował uważnie moją reakcję.
- Jesteś pewna, że tego właśnie chcesz? - spytał.
- Przecież wiesz, że o niczym innym nie marzę. - uśmiechnęłam się.
Daniel odwzajemnił mój uśmiech i postanowił dać mi trochę prywatności, żebym mogła przymierzyć kostium. Delikatnie zsunęłam z siebie dres i założyłam czarny kombinezon. Strój był niesamowity. Cienki i ciepły, miękki jak bawełna, a jednocześnie śliski, jak skórzana kurtka. Przejrzałam się w lustrze.
- Daniel, jak myślisz? Jak wyglądam? - spytałam nieco głośniej, żeby mógł usłyszeć, był na korytarzu.
Po chwili objął mnie od tyłu, w talii i pocałował w policzek. To chyba miało oznaczać, że wyglądam ładnie. Trochę mnie żenowało to, że mój chłopak był taki małomówny i tajemniczy, a równocześnie chętny na bijatyki, zwłaszcza gdy był o mnie zazdrosny. Jego zazdrość potrafiła osiągnąć stopień czerwoności, było to tragiczne, potrafił nie odzywać się do mnie z byle przytulenia się z kuzynem.
- Chyba pora na twój pierwszy patrol. - wyszeptał mi do ucha, a po moim ciele przeszedł dreszcz.
- Uważasz, że jestem gotowa na samotne obejście dzielnicy? - spytałam.
- Co? Lauro, dopiero zaczęłaś, nawet nie wiesz jak się zachować, myślałem raczej, że to ja będę ci towarzyszyć w pierwszym patrolu. - odburknął i wyszedł.
Westchnęłam. Nadopiekuńczy też był. Traktował mnie jak dziecko, a czasem nawet gorzej. Ale ja wiedziałam, że jestem gotowa, żeby sama pójść na ten patrol. Żeby wreszcie... Zostać Łowcą wampirów.
 ***
Stałam przed lustrem w swoim pokoju. Nie wierzyłam, że ten moment wreszcie nastąpił. Kombinezon otulał moje podekscytowane ciało, a włosy swobodnie opadały mi na ramiona. Byłam roztrzęsiona, jednocześnie się bałam i tak bardzo chciałam już wyruszyć. Postawiłam na swoje i na patrol przygotowywałam się sama. Ojciec sprawiał kłopoty, ale obiecałam, że pójdę przestrzegając jego zasady. Otrzymałam SMS-a od Daniela: ,,Ta noc zapowiada się beznadziejnie. Pogoda będzie nieznośna. Może jednak jutro pójdziemy wspólnie patrolować?". Zostawiłam wiadomość bez odpowiedzi, nie miałam zamiaru odpisywać na jego bezczelność. Ta pogoda to pewnie wymówka. Pewnie uważał, że nie dam sobie rady... A przecież mówił mi na naszych ćwiczeniach, że będę świetną Łowczynią i pokonam nie jednego wampira... W oku zakręciła mi się łza, ale otarłam ją rękawem. Nie mogłam sobie pozwolić na bezsilność. Zwłaszcza teraz. ,,Będę silna", pomyślałam. Zapakowałam do swojego plecaka termos z kawą, broń i krótkofalówkę. Miałam zakaz wychodzenia z samochodu, krótkofalówka miała być na wezwanie pomocy na wypadek, gdyby coś mnie zaniepokoiło, a broń miałam użyć tylko i wyłącznie w ostateczności. Żadnej wiary we mnie. Szkoda, że  posiadałam wsparcie tylko od siebie samej.
***
Na parkingu w Sunsly - najbezpieczniejszej dzielnicy w naszym mieście, stałam od godziny. Siedziałam w samochodzie i popijając kawę, bawiłam się na telefonie. Po chwili owiał mnie mróz i usłyszałam trzaśnięcie drzwiami w samochodzie. Ktoś... Był... Na... Tylnych... Siedzeniach.. 
- Dobry wieczór, skarbie. - usłyszałam męski głos.
_________________________
Tak, więc o to powstał Rozdział Pierwszy, mam nadzieję, że się wam podoba :) Starałam się pisać bardziej jak doświadczony autor, więc myślę, że całkiem mi to wyszło :D Piszcie czy wam się podoba i czy mam pisać dalej! PS: Przepraszam, że Rozdział jest taki krótki, postaram się, aby następny był dłuższy.
A tutaj mamy Laurę w swoim kostiumie ;)

czwartek, 5 grudnia 2013

Trailer PL

Cześć, miło mi was poznać, jestem Oliwia. To będzie tak, jakby mój pierwszy blog, więc proszę o wyrozumiałość, gdy pojawią się błędy lub post będzie brzmiał amatorsko, ale założyłam ten blog, ponieważ lubię pisać jakieś tam swoje historyjki i postanowiłam wreszcie się nimi dzielić, a dokładniej jedną. Mam nadzieję, że ten trailer się wam spodoba, robiłam go bardzo długo, gdyż program cały czas mi nawalał i musiałam ciągle od nowa. Miłego oglądania, mam nadzieję, że będziemy ze sobą długi czas, pa pa! :)