Był już stanowczo za blisko, nie miałam szansy na ucieczkę. Sparaliżowało mnie, bez oporów odebrał mi broń, a następnie... POCAŁOWAŁ! Jak słup soli stałam i nie mogłam się poruszyć, czy go uderzyć. Byłam zaskoczona. Spodziewałam się krwi, bólu... A tymczasem całowałam się z nim! Gdy wreszcie oderwał się ode mnie zdołałam tylko wyszeptać kilka słów:
- Nie umawiam się z wampirami. Zabijam je.
Zaśmiał się cicho i oddał mi pistolet. Wycelowałam w jego serce, ale coś mnie hamowało. Czekał na śmierć, ale ja nie potrafiłam mu jej dać. Dlaczego? Przecież niczym się nie różnił od tych wszystkich, innych krwiożerczych bestii, które potrafiły nieść tylko spustoszenie.
- Mówiłem, że jeszcze będziesz moja. - uśmiechnął się.
Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. "Daruję Ci życia, ale ono i tak będzie moje.", usłyszałam jak przez mgłę jego melodyjny głos.
- Nie. - zaprzeczyłam. - Mówiłeś, że moje życie będzie twoje. - dodałam.
Zamyślił się na chwilę i przytaknął. Boże. Co ja robię? Bez przemyśleń, wskoczyłam do samochodu Ojca i odjechałam stamtąd jak najszybciej. Zalewałam się łzami. Najgorsze było to, że przecież to i tak będzie trwało. Przecież on mi nie daruje. Będzie mnie prześladował. Gdy tylko zaparkowałam przed domem, bez zbędnych wyjaśnień wbiegłam na górę. Rzuciłam kostium na fotel, wciągnęłam na siebie koszykarską koszulkę z ogromną piątką i z moim nazwiskiem - "Summer" i zrezygnowana życiem położyłam się na łóżku. Po jakimś czasie zszokowana odkryłam, że myślę o nikim innym jak o Stylesie! Wspominałam jego miękkie, zimne usta, piękne oczy i dołeczki na policzkach gdy się uśmiechał. Miałam ochotę przepędzić swoje durne myśli, ale - nadaremnie. Nawet usiłowałam myśleć o Danielu, ale bezskutecznie. Dlaczego myślę o tym przeklętym wampirze? Co się ze mną dzieje?! Wreszcie zasnęłam, ale nawet tam - w krainie snów - nie miałam spokoju. Przedzierałam się przez gęsty las, gałęzie drapały mnie po całym ciele. Nie miałam pojęcia przed kim, lub przed czym uciekałam. Po jakimś czasie potknęłam się i poczułam, że spadam. Pode mną była czarna otchłań. Obudziłam się o szóstej nad ranem zlana zimnym potem. Włosy miałam przyklejone do policzka. Rozczesałam je palcami. Nie mogłam już zasnąć, ale też zupełnie nie wiedziałam co mam robić. Otworzyłam okno, aby trochę przewietrzyć pokój. Jednak szybko go zamknęłam. Przestraszyłam się, że on może tu przyjść... Zrozpaczona położyłam się na łóżku i zwinęłam w kłębek. ,,Co teraz? Będę wiecznie żyć w strachu? Przed czym?", myślałam. Właśnie. Przed czym? Przecież on nie wyglądał na kogoś, kto by chciał skrzywdzić. ,,Co z tego? Zawsze może zaatakować. Skoro jest najniebezpieczniejszy... Może zgrywać miłego, a potem... To pewnie jego trik! Tak, najpierw zaprzyjaźnia się z ofiarą, a potem zabija ją niespodziewanie", kiwałam głową w zamyśleniu, aż ciarki przeszły mi po plecach. Zeszłam na dół. Pani Carter zapewne jeszcze spała w swoim pokoiku, przygotowanym dla niej przez Ojca, aby była dla nas "pod ręką". Weszłam do kuchni. Postanowiłam przygotować sobie jakieś śniadanie. Wyjęłam z szafki chleb, a z lodówki masło i ser. Wzięłam nóż i posmarowałam mizernie masłem, pachnące pieczywo. Ukroiłam kawałek sera i ułożyłam go na kromce chleba. Kanapka wyszła mi miernie, cóż - byłam przyzwyczajona, że z takich rzeczy mnie wyręczano. Muszę przyznać, że można byłoby mnie nazwać rozpieszczaną. Jednakże, mam inne zajęcia w, których mnie nikt nie wyręczy. Ci, którzy nazwaliby mnie księżniczką, nie muszą łapać wampirów. OKEJ, nie zabiłam jeszcze żadnego, ale jeden mnie już ściga. W dodatku groźny. Bardzo groźny. Gdy wreszcie zjadłam swoje śniadanie, poszłam do salonu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tu byłam. Zaszkliły mi się oczy. W bibliotecznej części salonu, stały półki na, których wciąż były te same książki. Ulubione powieści Mamy... Wzięłam jedną. Przesunęłam palcem po zakurzonej, podniszczonej okładce. Otworzyłam ją. Delikatnie zmyte litery, pożółkłe strony. Wertowałam kartki, wspominając. Okazało się, że w domu mam wiele sentymentalnych rzeczy o, których zapomniałam, lub podświadomie chciałam zapomnieć, bo sprawiały mi ból... Musiałam wreszcie pogodzić się z utratą Mamy. Pamiętam ten dzień. Do domu przyszedł zapłakany Ojciec. Tulił mnie i szeptał, że zostaliśmy sami. Miałam pięć lat. Byłam zdruzgotana, potrzebowałam ciepła. Na drugi dzień, Ojciec zamknął się w sobie. Wtedy zaczęła przychodzić "jakaś pani", która się mną zajmowała. Mówiłam do niej ciociu. To była Pani Carter. To było dwanaście lat temu... Dopiero teraz dostrzegłam, jak wiele lat poświęciła mi Pani Carter. I nie doceniałam jej. Rzeczywiście. Jestem rozpieszczoną, rozkapryszoną królewną. Miałam mętlik w głowie, ale najważniejsze było to, że nie myślałam o tym wampirze. Spostrzegłam, że ktoś tu jest. Zadarłam głowę do góry. Pani Carter przyglądała mi się z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Uśmiechnęłam się.
- Lauro, co ty tu robisz o tak wczesnej porze? - spytała, zawstydzona wałkami na głowie.
- Czytam. - odparłam, przerzucając kolejną stronicę.
Pani Carter szczelniej zawiązała swój aksamitny szlafrok.
- Nie jesteś głodna? - spytała, utrzymując powagę.
- Nie, nie. Jadłam dopiero kanapkę, spokojnie. - posłałam jej kolejny uśmiech.
- Gdzie, skąd? - wytrzeszczyła oczy.
- W kuchni, zrobiłam sobie. - wzruszyłam ramionami, rozbawiona jej reakcją.
,,Przynajmniej tyle dobrego", pomyślałam i zamknęłam książkę z charakterystycznym dźwiękiem.
_________________________________________________
Cóż, przyznam że ten rozdział napisałam tak "nagle", dlatego może być taki nijaki, dziecinny, ale przyznam, że bywało gorzej. Myślę, że rozdział został zamieszczony jakoś dość szybko, więc bez zbędnych przeprosin. Oczekuję, choć kilku komentarzy. Pozdrówki!
To jest genialne! Dziewczyno, NIE PRZESTAWAJ PISAĆ! <3 Z ciekawością czekam na dalsze rozdziały :3
OdpowiedzUsuń